Wychodek na scenie jako alegoria dworku w Soplicowie – “Pan Tadeusz” na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego

Wojciech Klemm, jako reżyser spektaklu “Pan Tadeusz” zrobił genialną robotę. Jego spektakl był historią chaosu, obrazoburstwa, kpiny z wartości takich jak: patriotyzm, wiara, czy tradycja. Mógłby sobie darować tytuł. Adam Mickiewicz przewraca się w grobie. Czułam się jak w cyrku.

W ostatni czwartek udało mi się pójść na “Pana Tadeusza”. Premiera była 10 października, a bilety szybko się sprzedawały. Cały Kraków był wyplakatowany zapowiedziami teatralnego widowiska. Sięgamy po epopeję narodową! Adam Mickiewicz znowu na deskach teatru, tylko, że w nowej odsłonie. A jaka to nowa odsłona?

Ksiądz Robak w dresie i stary niedźwiedź mocno śpi

Wojciech Klemm jest fanem awangardy. Obrazoburczej awangardy. Na deskach teatru widz mógł zobaczyć uwspółcześnione postacie,  które znamy z “Pana Tadeusza”. Jednak, nie był to “Pan Tadeusz” naszych czasów, tylko mieszanka wybuchowa, gdzie czas i miejsce nie były do końca określone. Zamiast pięknego dworku w Soplicowie, na środku sceny widniał drewniany wychodek. Zamiast skruszonego bernardyna, Wojciech Klemm zaproponował odsłonę współczesnego dresa, który habit zamienił na puchową długą kurtkę i czerwono-szary dres. Ksiądz Robak był zadufany w sobie. Jego patriotyzm objawiał się w pijackim śpiewaniu hymnu narodowego, w karczmie, gdzie ani słowa nie padło o Jankielu.  Nie można nie wspomnieć o drwinie z polskiego żołnierza i historii naszego narodu. Niedźwiedź z matecznika okazał się być misiem Wojtkiem, który odbył taniec z Zosią o zabarwieniu erotycznym. Po polowaniu, aktorzy z kijami, które wyglądały jak żądła wykonali grupowy słowiański przykuc i zaczęli intensywnie nucić zabitemu niedźwiedziowi znaną wszystkim pieśń pogrzebową “Anielski orszak”. Pieśń stanowiła tło do przypadkowych wypowiedzi członków trupy teatralnej, wcielającej się w szlacheckie grono. Po pierwszym akcie moja głowa wręcz pulsowała. Byłam świadkiem totalnego chaosu i plucia na wszystko, co dla mnie, jako Polki jest istotne. 

Wojski w żonobijce, wata cukrowa i Dąbrowski mówiący po niemiecku

Cały spektakl można określić totalną infantylizacją i drwiną z tego co polskie. Zosia paradowała w długiej intenywno-niebieskiej koszuli z wydrukowanymi kotami, jakie były modne na początku lat 2000. Tadeusz był ubrany w dresowe krótkie spodenki i niepasujący do nich biały sweterek. Wojski z kolei jawił się jako godny przedstawiciel stereotypowego ojca z patologii – w żonobijce i dobrudzonych kalesonach. Pod koniec spektaklu, zamiast tańca poloneza, była instalacja artystyczna, podczas której narrator w stroju robotnika rozdawał bohaterom świeżo co zrobioną watę cukrową.Wszyscy jak jeden mąż, klęczeli w strojach adekwatnych do czasu akcji epopei narodowej i słuchali przemawiającego do nich po niemiecku Jana Henryka Dąbrowskiego. 

Część widowni wychodziła podczas spektaklu – epopeja narodowa zamieniona w paszkwila 

Po raz pierwszy w moim życiu doświadczyłam pustoszejącej widowni. Zdecydowanie, był to najgorszy spektakl, jaki widziałam w życiu. Po pierwszym akcie moją uwagę zwróciły puste miejsca, które wcześniej były zajęte. Pomyślałam, że jeszcze jest nadzieja w narodzie. Przecież ileż można patrzeć na bezczeszczenie dzieła Mickiewicza. Teatr im. Juliusza Słowackiego jest perłą architektoniczną Krakowa z długą historią. Wewnątrz powinny być wystawiane – adekwatnie do budowli, ale także zamysłu samego teatru jako sztuki – to co piękne, podnoszące na duchu widownię. W mojej opinii spektakl Wojciecha Klemma, nie powinien nosić tytułu “Pan Tadeusz”. Jako Polka i patriotka w trakcie spektaklu czułam, jakby napluto na wszystko, co dla naszego narodu nosi wartość. 

 

Aleksandra Pawlikowska